Wybory prezydenckie 2025 za nami. Czy dobrze wybraliśmy? Historia pokaże. Jedno wydaje się być pewnym, to była najbardziej zacięta kampania prezydencka w historii III RP.
Zanim komisje wyborcze wykonały swoją tytaniczną pracę z liczeniem głosów, często przyglądałam się dyskusjom na forach przeróżnych, gdzie zwolennicy i jednego, i drugiego kandydata dawali upust frustracjom i entuzjastycznie wychwalali swojego wybrańca, jednocześnie wbijając szpileczkę zwolennikom drugiego.
I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie pewne poczucie déjà vu, które mnie ogarniało przy czytaniu tych komentarzy. A było tam wszystko – od nawoływania do „Włączenia myślenia”, po inwektywy, których nie powstydziłby się słownik pojęć wulgarnych, gdyby ktoś takowy wydał w formie książkowej. Dawne „wbicie szpileczki” dziś to już spałowanie przeciwnika.
Jedna strona wypominała drugiej ślepe podążanie za propagandą, po czym druga strona z wyższością odbijała piłeczkę wytykając palcami przeciwników i próbując im wmówić, że „Nie! To MY myślimy, a to WY jesteście zmanipulowani!!!”. W takich przypadkach człowieka ogarniała pewna refleksja połączona z lekkim kwestionowaniem rzeczywistości. Gdy słyszy się te same zarzuty powtarzane z obu stron, to zaczyna się wątpić w to, gdzie naprawdę leży prawda. Mimo że ona jest zawsze gdzieś pośrodku.
I oczywiście teraz każdy czytający ten tekst będzie bił się w pierś mówiąc: „To o mnie? No, ale przecież to ja miałem rację! To JA myślę, a ONI nie!” i tak w koło Macieju.
Krzycząc nigdy się nie usłyszymy. Czy na pewno tego chcemy?